piątek, 17 października 2014

LEKCJA O BUCIE

Temat: Różowy but na rzep


But. Nie byle jaki, bo latający. Gumowa podeszwa o grubości dwóch palców i podklejony różowy materiał sięgający za kostkę. Na powierzchni skrzydła z rzepu, który od dawna nie spełnia swej roli, bo już się nie przyczepia. Porusza się w górę i w dół jakby chciał unieść stopę jak na skrzydłach. To prawdziwy wehikuł. Niby zwykły but, ale nie byle jaki. Niby zniszczony, ale jaki użyteczny! Szkoda, by miał tylko jednego właściciela. Dobrymi wynalazkami trzeba się dzielić. Ale najpierw trzeba się tego nauczyć!

Miejsce i czas lekcji: Oratoryjne mrowisko


Na zegarku 14.30. Popołudniowe słońce jeszcze wysoko zawieszone nad horyzontem. Z okna swojego pokoju widzę już małe główki czekające na otworzenie bramy oratorium. Z oddali wyglądają jak czarne mrówki. Wyjęcie kluczy od bramy powoduje natychmiastowe poruszenie. Jakby ktoś wsadził kij w sam środek mrowiska. Dzieci pośpiesznie przebierają nóżkami. Każde biegnie w inną stronę. Z jednego dużego mrowiska tworzą kilka mniejszych – w miejscu gry w kosza, na boisku do siatki lub piaszczystej murawie do gry w nogę. 

Oratoryjne mrowisko to idealne miejsce do nauki. Jest kompatybilne z każdym naszym ruchem. Jest tam gdzie my. Tu odbywam codzienną lekcję o afrykańskim życiu. Moi nauczyciele to najmłodsi chłopcy ze slumsów. Jeszcze nie odróżniam ich czarnych buziek, ale wiem, że część z nich to nauczyciele na pełen etat. Przychodzą codziennie. Skąd to wiem? Rozpoznaję te same, choć z dnia na dzień coraz brudniejsze koszulki, spodnie, a czasem buty. 


Lekcja pierwsza: Do kogo należą buty?


Mój wzrok przykuwają różowe, lekko ocieplane buty za kostkę. Wyróżniają się. Nie tylko tym, że są różowe. Nie tylko tym, że nie pasują do tutejszego klimatu. One po prostu są. A każdy but wśród bosych stópek przykuwa moją uwagę. A te z pewnością widziałam już kilka dni temu! Należały do chłopca o imieniu Enryu.

- Enryu! Enryu! - Bez odpowiedzi. Podchodzę bliżej. 
- Enryu! Enryu! - Bez odpowiedzi. 

Przecież stoję zaledwie dwa metry od niego – musi mnie słyszeć. Podchodzę jeszcze bliżej. Kładę rękę na jago czarnej główce i uśmiecham się dumna ze swojego odkrycia:

- Hello Enryu, good to see you again! - Białe oczy spoglądają na mnie z zaskoczeniem.
- I’am Jimmy! Enryu is my brother.

Pierwsza lekcja o afrykańskim życiu za mną. Kto powiedział, że jedną parę butów może nosić tylko jedna osoba?

Lekcja druga: Czy buty należą do braci?


Kolejny dzień, kolejna lekcja. Znów rozpoznaję zakurzone różowe buty. Tym razem będę już ostrożna!

- Hello Enryu or …Jimmy?! - Białe oczy znów patrzą na mnie. Otwierają się coraz szerzej, a po chwili mrużą od śmiechu. 
- I’m Oskar!. 
- Oskar?! 

Czy w oratorium mamy trzeciego brata? Całkiem możliwe!


Lekcja trzecia: O co tu chodzi?


Kolejny dzień, a różowe buty znów na innej stopie. Może do naszego oratorium przychodzi rodzeństwo z wielodzietnej rodziny? Czuję, że jestem już blisko rozwiązania zagadki, ale to jeszcze nie to! 

Po kilku dniach dowiaduję się, że Enryu, Jimmy, Oskar i kilku innych chłopców nie są rodziną. To po prostu sąsiedzi ze slumsów. Czy wspólne podwórko pozwala na przywilej posiadania wspólnej „garderoby”?

Lekcja czwarta: Próba rozwiązania zagadki


Moi nauczyciele mają jedną parę różowych butów. Buty codziennie odkrywam na nodze innego chłopca. Nie wszyscy chłopcy są braćmi, ale razem mieszkają na slumsach. Mam już wszystkie dane! Czas na rozwiązanie zagadki i wniosek końcowy.

Latające buty to produkt ekskluzywny. Dostępny tylko od czasu do czasu. Tylko wtedy, gdy akurat przypadnie twój dzień w grafiku użytkowania. Nie ważne, że twoja stopa ma kilka centymetrów mniej lub więcej, niż stopa kolegi. Raz na jakiś czas, kawałek twardej podeszwy przyda się każdemu. Szczególnie tym, którzy codziennie boso pokonują dziesięciokilometrową trasę do oratorium.

Lekcja piąta: Empatia dla Europejczyka


Przypomina mi się jeden dzień z moich studiów. Burzliwa dyskusja nad znaczeniem empatii. Każdy ma inną teorię. Co to znaczy rozumieć czyjąś trudną sytuację? Co to znaczy współczuć i współodczuwać? Czym jest empatyczne odczuwanie? W końcu padło idealne porównanie. Być empatycznym to wejść w czyjeś niewygodne buty i przejść w nich kawałek trasy. Wszystko po to, by poczuć i zrozumieć cierpienie drugiej osoby.

Dla nas empatia to wejść w czyjeś buty. Dla chłopców z afrykańskich slumsów empatia to buty oddać.


poniedziałek, 6 października 2014

POZNAŁAM SZCZĘŚCIARZA

Metr entuzjazmu


Lucka codziennie spotykam w oratorium. Do moich uszu często dobiega znajome „Lucky, Lucky!”, choć na pierwszy rzut oka nie wygląda na szczęściarza. Obsmarkana buzia, w obdartej koszulce, która z każdym dniem ciemnieje od brudu. Jego chude nóżki ledwo utrzymują jeszcze chudsze ciało. Jest najszybszy, choć biega za piłką w męskich klapkach – mocno zniszczonych i większych od jego stopy o jakieś pięć numerów. Na oko ma zalewie metr wysokości, ale rokuje na światową gwiazdę koszykówki. Może przyszedł z odległego o 10 km buszu, a może z ulic Chingoli. Tego nie wiem, bo jego angielski jest gorszy nawet od mojego. Jedno jest pewne, uśmiech nie schodzi mu z twarzy, a jego entuzjazm udziela się innym chłopcom. Tak, jakby wszystko co widzi, co robi – widział i robił po raz pierwszy w życiu. 



Akumulator „chcenia”


Luck codziennie gra w kosza. Uliczna koszykówka w Afryce to prawdziwe wyzwanie energetyczne. Tu nie tylko potrzebuję dobrej kondycji ciała, ale i umysłu, bo skład drużyn zmienia się po każdym rzucie piłki do kosza. Główną zasadą jest brak jakichkolwiek zasad. Przejmuję piłkę i od nowa szukam sojuszników. W jednej rozgrywce mogę być w dwóch, trzech, a nawet dziesięciu różnych drużynach. Po dwóch godzinach gry ledwo łapię oddech. W mojej głowie kołuje się jak na otwartym morzu. Fala zmęczenia zalewa moje zmysły. Obraz przed moimi oczami rozmywa się jak po przejażdżce na karuzeli. Potrzebuję „stop klatki”, by mój wzrok odzyskał ostrość. Jednak za każdym razem gdy przystaję na chwilę – piłka ląduje w moich dłoniach zmuszając mnie do aktywności. To Luck widząc, że nie mam siły walczyć o piłkę – sam rzuca ją w moją stronę. Opadam z sił, ale kiedy widzę roześmianego Szczęściarza zapominam o zmęczeniu i czuję, że mój akumulator energii znów jest pełny. Znów zaczyna mi się „chcieć”.

Gadżeciarz


Nie wszystkie akumulatory Szczęściarz potrafi naładować. Ławka pod ścianą oratorium należy do zbuntowanych nastolatków z centrum Chingoli. Mają swojego lidera, który od razu wyróżnia się z grupy. Na nogach ma firmowe buty, na głowie odblaskową różową czapkę i duże modne okulary oprawione w złote oprawki. Jego spodnie ledwo zatrzymują się na pośladkach. Zszycie w kroku przypada na wysokość kolan. Przesiaduje z telefonem w ręku i słuchawkami w uszach. Znudzony ziewa patrząc w ekran smartphona. Niestety nawet radość i energia Szczęściarza jeszcze nie zdołała naładować akumulatora w jego komórce. 

Lekcja akceptacji


Trzydziestostopniowy upał, powietrze gęste od kurzu. Po kilku minutach w pełnym słońcu marzę o szklance wody. W tym samym upale, chłopcy ze slumsów codzienne, na boso pokonują dziesięciokilometrową drogę żeby przez chwilę móc pograć w kosza lub w nogę. Kiedy oni biegają za piłką, Gadżeciarz i jego koledzy śmieją się z naszej prymitywnej zabawy. Powstrzymuję się od komentarza, choć na usta ciśnie mi się: „Po co tu przychodzisz, skoro nasza zabawa Cię śmieszy? Po co przychodzisz, jeśli nas nie potrzebujesz?”. 

Panie Boże, Ty nie odrzucasz nikogo. Kochasz wszystkich, szczególnie tych, którzy odrzucają Ciebie. Daj mi siły i cierpliwość. Poczekam. Może pewnego dnia Gadżeciarz zagra ze Szczęściarzem w jednej drużynie?



środa, 1 października 2014

KONTYNENT KONTRASTÓW

Bosa stopa & garnitur od Bossa


Od tygodnia żyję w kontrastach. Na pokładzie samolotu, na lotnisku w Lusace, w zambijskim shoprite, w oratorium w Youth Center. W Afryce kontrast łączy wszystko co spotkam. 

Skrajna bieda i zaskakujące bogactwo. Ekskluzywne centrum handlowe i bazar pełen żebraków. Zambijski Shoprite prawie jak TESCO, z tą tylko różnicą, że na niewiele mnie w nim stać. Najdroższy garnitur od Hugo Bossa i porwany t-shirt. Elegancki salon „Bata” i wszechobecne bose stopy. Luksusowy jep i zardzewiały pick-up. Kolorowe bilbordy krzyczące „potrzebujesz mnie” i krzyczący Zambijczycy biegający od samochodu do samochodu próbując sprzedać cokolwiek z tego, co zmieściło się w ich rękach. Bo przecież każdy, kto stoi w korku na zambijskiej drodze na pewno potrzebuje trochę marchewek lub bananów, kilka ładowarek do telefonu, jakąś latarkę, a już na pewno poszukuje przepychaczki do toalety. 

Najpierw formalności


Największy kontrast wypływa z obrazu Afryki, który pielęgnowałam w głowie i tego, co zastałam, kiedy postawiłam stopę na Czarnym Lądzie. Spodziewałam się biedy, zaniedbania, głodu i pragnienia. Tymczasem w pierwszym dniu widzę centrum handlowe i poznaję zasady tutejszej biurokracji. Zanim wymienię pieniądze, zanim cokolwiek kupię – muszę wypełnić odpowiednie formularze. Imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia, adres zamieszkania, pesel, numer paszportu i dowodu… rozmiar buta? 

W salonie Airtel’u


Odwiedzam firmowy salon tutejszej sieci komórkowej. Czerwone obrandowanie zapada w moją pamięć. Stoję w długiej kolejce do jednego z sześciu stanowisk i przyglądam się ludziom zapatrzonym w ekrany swoich smartfonów. Rejestruję się jako użytkownik Airtel’u. Przemiła młoda kobieta w czarnych warkoczykach doradza najkorzystniejszą taryfę i konfiguruje mój telefon abym mogła korzystać z Internetu. Taki obraz wcześniej nie mieścił się w mojej głowie. Witamy w Afryce XXI wieku! 

What is your telephone number?


Po tygodniu pobytu na kontynencie kontrastów już wiem, że w Afryce możesz nie mieć butów, ale musisz mieć telefon. W sklepie w buszu może nie być chleba, ale na pewno będzie doładowanie Airtel’u. W tym samym buszu ludzie mieszkają w okrągłych lepiankach ze słomianym dachem. Nie mają prądu, ale mają telefony komórkowe.

Na razie serce zostawiam w buszu…


środa, 24 września 2014

AFRYKAŃSKA KROPLÓWKA

List od Boga


Pan Bóg lubi niespodzianki. Miałam precyzyjny plan na najbliższy czas. Skończyć specjalizację, poszukać dobrej pracy i rozpocząć poważne życie na własną rękę. Rok temu dostałam wyjątkowy list. Z koperty biło ciepło jakby przesłano w niej kawałek południowego słońca. Na jasnych pomarańczowo-żółtych stronach przeczytałam: "Mam inny plan dla Ciebie. Przygotowałem coś specjalnego. Znam Twoje pragnienia i wiem czego potrzebujesz. Wystarczy, że zaufasz. Twój Kochający Tata z Nieba."

Zaufałam. Środkowa Afryka, Zambia, Chingola – swój kolejny rok życia spędzę w rzeczywistości dalekiej od tej, którą znam od urodzenia.

W mojej głowie jest wiele pytań. Czy codziennie po otwarciu oczu będę gotowa dziękować Bogu za ten czas, tych ludzi, te doświadczenia. A może afrykańska codzienność nie będzie tak kolorowa jak wydawała się na zdjęciach? Może odcienie szarości szybko przysłonią moją motywację, która wydaje sie być tak silną i oczywistą. Może codziennie będę zadawać sobie pytanie "co skłoniło mnie, by rok życia spędzić w afrykańskich warunkach". Może będę z tęsknotą wspominać swój polski dom, może nawet zatęsknię za Warszawskim wyścigiem z czasem, codziennym pewnym planem. 

Misyjna zagadka


Jaki będzie ten najbliższy rok? Czy pełny trudów i wyrzeczeń, czy bogaty w zaskoczenie i radość? Im dłużej zastanawiam się, im dłużej próbuję ułożyć jakąś wizję, a może nawet plan - tym bardziej czuję, że pierwszy raz w życiu stoję przed białą kartką, której nie potrafię zapisać. Próbuję naszkicować nieśmiałe kontury i widzę, że po chwili jeden obraz nakłada się na drugi. Pierwszy zaprzecza drugiemu. Moja misja jest zagadką. 

Jutro zobaczę Chingolę. Czy jutro rozwikłam zagadkę?

Po prostu być


Jednego jestem pewna. Najbliższy rok spędzę pod afrykańskim niebem, a ten kawałek Nieba jest bliski sercu Taty. To zaszczyt móc być pod tą samą chmurą z ludźmi, którzy widzą w niej Boga. Taki przywilej sprawia, że czuję się bezpieczna. A biała karta którą widzę przed sobą uśmiecha się do mnie delikatnie jakby mówiła "zaufaj, zamknij oczy i po prostu bądź". Moje powieki powoli opadają. Ufam, wiem, że Tata jest przy mnie. On precyzyjnie zaplanował najbliższy rok mojego życia, zatroszczył się o mnie. Mój plan na przyszły rok, to po prostu być. 

Spodziewam się żaru z Nieba, ale też pory deszczowej. Żaru miłości Boga i deszczu oczyszczenia, którego krople są pełne życia. Może to będzie moja afrykańska kroplówka? Może poczuję słodkie łzy radości, wytrawne łzy wzruszenia, kwaśne łzy niezrozumienia i słone łzy tęsknoty. 

Czy Pan Bóg ugasi moje pragnienia? A może wzbudzi inne? A może pragnienie będzie przeplatało się z upojeniem. Może radość będzie obok tęsknoty. Może po prostu będzie zwyczajnie, może po prostu wystarczy być. Bez planu i bez oczekiwań.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

ZAUFANIE ZŁAPANE NA STOPA

"Bóg, powołuje według swojego planu. Powołuje tych którzy po ludzku się do tego nie nadają."


Stoję przed surowym kościołem z czerwonej cegły i ze wszystkich sił wytężam zmysły. Chcę zapamiętać jak najwięcej. Marcowy wieczór. Słońce od dwóch godzin chowa się za horyzontem. Trzęsę się z zimna, ale nie mogę odejść. Muszę zatrzymać się i zapamiętać wszystkie myśli, jakie zrodziły się podczas ostatnich trzech dni rekolekcji. Zupełnie jak tuż po przebudzeniu – zaciskam powieki, aby światło nie oślepiło obrazów ze snu. Czuję mirrę, którą ksiądz Krzysztof namaścił nam dłonie. Zapach olejku pomaga mi przywołać chwile z rekolekcji. Słyszę słowa wypowiadane lekko i z uśmiechem: "Bóg, powołuje według swojego planu. Powołuje tych, którzy po ludzku się do tego nie nadają".

W mojej głowie od wielu lat rysowałam precyzyjny plan. Każda kreska była przemyślana, każdy szczegół starannie dopracowany. Mój obraz nie potrzebował poprawek. Lubię porządek i przemyślane decyzje. Nie nadaję się do tego, co wymaga ryzyka, co jest niepewne, nieprzewidywalne. Mam swój plan i oczekuję, że wszystko potoczy się zgodnie z nim. A jednak! Zapach mirry wciąż przypomina mi słowa z marcowych rekolekcji: „Bóg powołuje według swojego planu…”. A więc Bóg ma dla mnie alternatywny plan. Plan, którego nie znam! Czy mogę go jakoś odkryć? Tak! Odpowiedź znalazłam na rekolekcjach - podczas podróży autostopowej. „Piękne Stopy” to rekolekcje odbywające się w podróży. To pielgrzymka w duchu ewangelicznego ubóstwa oraz okazja, by doświadczyć miłości i opieki Boga przez otwarcie się na prowadzenie przez Ducha Świętego. 

Rejs bez koła ratunkowego


Podejmuję duchowe wyzwanie. Wysyłam zgłoszenie na rekolekcje, jednak do ostatniej chwili waham się. Drugi sierpnia. Mój pociąg do Łodzi odjeżdża za pół godziny. Plecak stoi zapakowany i gotowy do drogi. Termometr wskazuje 34 stopnie Celsjusza. Upalne południowe słońce nie zachęca do podróży. Czuję, że wciąż szukam wszelkich argumentów, by nie jechać i móc usprawiedliwić się przed sobą samą. „Boże, daj mi jakikolwiek znak, bym miała pewność, że naprawdę chcesz wrzucić mnie w to szaleństwo.” Pospiesznie otwieram Pismo Święte. Z zamkniętymi oczami przewracam kolejne kartki. Tu będzie dobrze. Zatrzymuję wzrok i w nadziei czytam: Druga wyprawa misyjna. „(..) a Paweł dobrał sobie za towarzysza Sylasa i wyszedł polecony przez braci łasce Pana” (Dz 15, 40). Nie tego oczekiwałam… Ale jedno jest pewne – chciałam znaku i właśnie go dostałam. Kiedyś słyszałam, że im większy opór przed rekolekcjami, tym większych owoców można się spodziewać. W ostatniej chwili wbiegam na peron. Z drugiego wagonu wychyla się konduktor. Słyszę ostry świst gwizdka i krzykliwe "odjazd!". Zdążyłam na pociąg, ale czy zdążyłam zaufać Bogu?

Cały czas asekuruję się i szukam wymówek. Tygodniowa podróż autostopem bez szczegółowego planu, bez zaplanowanych noclegów, bez jedzenia, a może i bez pieniędzy? To jak wybrać się w rejs szalupą po oceanie, pozostawiając wszelkie koła ratunkowe na brzegu. To nie tylko szalone, ale nieodpowiedzialne. Rezygnuję. Wybieram numer do przyjaciela: „Zabierz mnie stąd, to szaleństwo nie jest dla mnie”. Mam cichą nadzieję, że potwierdzi moje przekonanie i da przyzwolenie na ucieczkę. Kolejne rozczarowanie: "Ja wszystko rozumiem, ale proszę, daj Bogu szansę. Zacznij jutrzejszy dzień od słów: «Boże, dziękuję Ci i wychwalam Cię za wszystko, co się dziś wydarzy»”. I wydarzyło się. Zaufałam. Wypływam na głębię. 

Boży Plan = nasz plan


Przede mną sześć dni rekolekcyjnej podróży autostopowej. Tworzymy trzyosobowy zespół, jeszcze się nie znamy, ale przy takim ładunku niewiadomych nie robi nam to różnicy. Burzliwa dyskusja w zespole. Ktoś chce jechać na północ Europy, ktoś na południe. Jedna z nas chce podróżować tylko autami osobowymi, inna dopuszcza przejazdy tirem. Jedna na wszelki wypadek chce wziąć pieniądze, inna chce opróżnić portfel i całkowicie oddać kontrolę Bogu. Emocje studzi wspólna modlitwa. I w końcu ostateczna decyzja wsparta natchnieniem Ducha Świętego. Boży Plan = nasz plan. Nie tylko wypłyniemy na głębię, ale też zanurkujemy na pełnym oceanie Bożego zaufania. Pojedziemy bez celu, bez planu i bez pieniędzy. Pojedziemy z kimkolwiek, kto zatrzyma się i zechce nas zabrać (o ile nie będzie wyglądał podejrzanie). Tata z Nieba nas poprowadzi. Codzienne chcemy modlić się za kierowców, którzy już nam pomogli, i tych, którzy dopiero zdecydują się nam pomóc. To będzie nasz wspólny plan: Tata, my i ci, których spotkamy na swojej drodze. 

Lekcja przyjmowania


W czasie drogi najsilniejsze było doświadczenie realnego działania Boga. Podróż bez pieniędzy, a nieustannie w luksusie! Pan Bóg nas rozpieszczał i zawsze miał dla nas coś specjalnego: wykwintna kolacja w gustownej restauracji na rynku w Cieszynie, nocleg w rodzinnym domu naszego kierowcy, wygodny transport, który znajdował się zanim wyszłyśmy go szukać, osobista willa nad Adriatykiem, mrożona kawa z bitą śmietaną jak na zawołanie czy hotel z widokiem na największe jezioro Austrii. Wyjechałyśmy bez pieniędzy, a wróciłyśmy mając 90 euro od ludzi, którzy chcieli nam pomóc, mimo że ani razu nie poprosiłyśmy o pieniądze. To tylko niektóre z cudów, jakie Bóg przygotował dla nas na te sześć dni.

Największym zaskoczeniem okazał się starszy, elegancki mężczyzna w garniturze. W ostatnim dniu podróży, po kilku godzinach poszukiwań transportu na jednej z austriackich stacji benzynowych, w desperacji podbiegamy do luksusowego, czarnego BMW. Nawet przez chwilę nie wierzę, że taki „elegancik” zabierze trzy dziewczyny, przemęczone i lekko nieświeże po podróży w 40 stopniowym upale. Widzę, jak zaniepokojony kierowca uchyla przyciemnianą szybę i uważnie wysłuchuje się w nasz apel o pomoc. Skręcam się ze wstydu i szykuję do ucieczki z miejsca zażenowania. Kolejna lekcja przyjmowania: „Zapraszam na pokład, jadę do Wrocławia. Jednak najpierw zapraszam Was na porządny obiad”. Napełniamy puste brzuchy zupą, pieczenią i słodkim deserem, by zaraz potem wyruszyć luksusowym autem do Polski. Przez kilka godzin podróży rozmawiamy o… Bogu. Nocą przekraczamy granicę Polski, wjeżdżając w sam środek burzy. Niewiarygodna wichura łamie drzewa, a ulewa zamienia się w rwącą rzekę. Niespodziewanie kierowca zatrzymuje się pod jednym z hoteli. Przechodzi mnie dreszcz strachu. Zakładam nieczyste intencje kierowcy, a w głowie szaleją traumatyczne wizje. Tymczasem dostajemy osobny pokój i gorącą herbatę: „Nie pozwolę, żebyście nocą i w taką pogodę łapały stopa. Odpocznijcie, a rano odwiozę Was do Łodzi”. Około południa zajechałyśmy czarnym BMW pod samą bramę klasztoru dominikanów w Łodzi, miejsca naszej zbiórki.

Myślę, że Bóg dobrał nas w jedną ekipę z jakiegoś powodu. Może te rekolekcje miały być dla nas nauką przyjmowania pomocy od innych? Trudno jest prosić o pomoc, a jeszcze trudniej przyjmować pomoc od ludzi, nie mając niczego, by dać w zamian. W czasie rekolekcyjnych przygotowań do podróży o. Krzysztof Pałys OP uprzedził nas, że doświadczymy tej trudności. Zapewnił, że Bóg chce, żebyśmy przełamali swoją dumę, wstyd, zażenowanie i szli do ludzi z otwartością i ufnością: „Pamiętajcie: przyjmując pomoc, dajecie innym możliwość otrzymania błogosławieństwa «kto Was przyjmuje, Mnie przyjmuje»”. Powtarzałam sobie te słowa jak mantrę, gdy ludzie obsypywali nas tym, co mieli, a mnie aż skręcało w środku z poczucia niezręczności. Jednak za każdym razem, gdy ktoś nam pomógł – czułam się lżejsza. Kilogram mniej lęku, dwa kilogramy mniej wstydu, trzy kilogramy mniej dumy. W zamian dostałyśmy chyba najlżejsze z możliwych: poczucie wdzięczności za każdy otrzymany dar, za każdego postawionego na naszej drodze człowieka. 

Boska nawigacja


Łapanie stopa przypominało mi codzienne życie. Czekanie, aż jakiś samochód wreszcie się zatrzyma. Rozczarowanie, gdy ktoś mimo wolnych miejsc odmawia. A potem to nagłe olśnienie, gdy pięć minut później zatrzymywał się inny kierowca, który może zabrać nas znacznie dalej. W swoim życiu nieraz czekałam sfrustrowana ciągłymi „niepowodzeniami” i kołaczącym się w głowie pytaniem: dlaczego? Dlaczego znów coś mi nie wyszło? Do tej pory nie dawałam Bogu przestrzeni, by działał. „Panie Boże, cieszę się, że jesteś, ale usiądź proszę na siedzeniu pasażera i pozwól mi kierować. Jeśli nie wyrobię się na zakręcie lub żaden z moich hamulców nie zadziała, poproszę Cię o pomoc. Wyprowadź na prostą i oddaj mi kierownicę”. Tym razem to On kierował od początku do końca i wiem, że lepszej trasy nie mogłam sobie wymarzyć.

Często proszę Boga o coś na tu i teraz. Jednak On patrzy dużo dalej. Widzi całą mapę mojego życia, a nie tylko jej wycinek. Gdy wydaje mi się, że któraś z dróg to dobry skrót do moich pragnień, On już widzi, że to tylko ślepa uliczka. Jeśli mam dotrzeć do celu, nie błądząc zbyt długo, to muszę zaufać Bożym znakom.

Dotarło do mnie, że tym ostatecznym celem mojej drogi jest Zbawienie. Wszystkie dotychczasowe pragnienia, nawet te piękne, są tylko przystankami na drodze. Otrzymałam Boską nawigację. Celem mojej podróży jest Bóg. Nawet, gdy wybiorę niewłaściwą drogę – On obliczy mi nową, jeszcze lepszą trasę do Nieba. 

Powrót z nowym planem w ręku


Kiedyś wszystko miało zależeć ode mnie. Od mojej pracy, mojej odwagi – od tego, co moje. Dziś chciałabym wszystko oddać w ręce Boga. Dopiero teraz widzę, że rekolekcyjna podróż autostopowa była doświadczeniem przełomowym w moim życiu. To dopiero początek mojej drogi zaufania. 

Przez ostatni rok w moim życiu bardzo wiele się zmieniło. Nabrałam odwagi, by odkopać swoje dawne marzenia misyjne. Po rekolekcjach podjęłam formację w Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie (Salezjański Ośrodek Misyjny). Po roku przygotowań zostałam posłana na roczną misję do Afryki. To już nie mgliste marzenie, a precyzyjny plan opatrzony Bożą pieczątką: 7 czerwca 2014, na Spotkaniu Młodych na Polach Lednickich, razem z dziewięcioma wolontariuszkami Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco otrzymałam krzyż misyjny z rąk Prymasa Polski, abpa Wojciecha Polaka (relacja z posłania).

23 września 2014 wylatuję na roczną misję do Zambii. Jestem przekonana, że gdyby nie rekolekcje autostopowe – nie miałabym w sobie tyle Zaufania, by na rok zawiesić wszystkie plany – całe swoje życie. Zostawiam pracę i studia. Na rok rozstaję się z rodziną i przyjaciółmi. Wierzę, że będę miała do czego i do kogo wracać. To nie jest tylko moja misja. Wierzę, że za każdą misją stoi cały Kościół. Dlatego proszę Was o modlitwę o potrzebne łaski, abym sprostała temu zadaniu. Chciałbym, żeby moja misja była czasem tylko dla Boga, czasem rozeznawania Jego woli. Czasem, w którym dbając o relację z Nim, będę mogła być pomocna tym, do których mnie posyła.